wtorek, 13 marca 2012

Coś



 10 października 2011 roku miała miejsce premiera filmu "Coś" w reżyserii M. van Heijningen'a. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że 30 lat wcześniej powstał film pod takim samym tytułem, opowiadający (prawie) te same wydarzenia. Wtedy powstało dzieło, o którym mówi się do tej pory. Dlatego ja i większość widzów była ciekawa, czy ten debiutujący holenderski reżyser, stworzy coś ;), czego długo nie zapomnimy.
 Moją opinię na temat filmu z 1982 roku można przeczytać tutaj. Jeśli chodzi o drugą część, tłem filmu są wydarzenia które miały miejsce przed tym, co możemy zobaczyć w pierwszej części. Nie wiem, czy taki zamysł był od początku, ale odnoszę wrażenie, że Holender chciał zrobić po prostu The Thing 2.
 Tak więc, prócz pokazania nam tego, czego nie wiedzieliśmy w części pierwszej (jak badacze odnaleźli ciało stwora, czy kosmiczna baza istoty) - reszta, to praktycznie to samo. Z tym, że większy nacisk położono na akcję niż klimat. Nowości? Wygląd kreatury wygląda tu dużo gorzej. Oglądamy sceny, gdzie połączony jest obraz rzeczywisty z animacją komputerową. Wskutek czego czujemy, jakbyśmy oglądali grę video. Być może jest to ukłon, w stronę gry pod tym samym tytułem, która wyszła w 2002 roku - ale filmowi na pewno to nie pomogło. Wolałem oglądać materialne kreatury niż pracę grafików, sztucznie wpasowaną w obraz rzeczywistości. Ale jeżeli wolimy akcję od długiego budowania napięcia - ten prequel lepiej się sprawdza. Poza tym, nieco irytujące jest to, że film nagrany jest bardzo nowocześnie. I w ogóle nie sprawia wrażenia, że wydarzenia dzieją się ileś tam lat wstecz. W obecnych czasach taki montaż to standard, ale tutaj lepiej sprawdziłaby się konwencja w stylu retro.
 Aktorsko, też jest tak sobie. W bazie dzieją się rzeczy ;), rodem z najgorszych koszmarów, ale na twarzach ekipy badawczej nie ujrzałem przerażenia. O muzyce całkowicie zapominamy, dopiero ostatnie minuty to miód dla uszu. W owych ostatnich minutach słyszymy oryginalny soundtrack z części pierwszej. Również te kilka ostatnich minut, to jedyny fragment który mnie usatysfakcjonował. Bo scena początkowa z The Thing z roku 1982 to scena kultowa, a poznać co się działo chwilę wcześniej - sprawia dużo frajdę.
 The Thing 2011 sprawia wrażenie słabego remaku, nakręconego w celach czysto komercyjnych. Do legendy nie zbliżył się prawie wcale. Ale wielbiciele akcji i szybkiego tempa, powinni być w siódmym niebie.

★★★★★★ 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz